poniedziałek, 26 lipca 2010
26.07.
Siedzimy właśnie na campingu pod Prekestolen - jutro będziemy go atakować. Na razie grzejemy się z piwkiem w sali przy recepcji.
Dzisiaj niewiele się działo. Jechałyśmy spod Bergen zbaczając tylko po lody, wodę mineralną, piwo i jogurt. Potrzebowałyśmy takiego jednego dnia, gdy będzie się można wyspać, spokojnie wyjechać bez żadnego pośpiechu, i nigdzie nie biegać z wywalonymi językami. Udało nam się - strzeliłyśmy po starczej drzemce leżąc na słońcu i czekając na prom i w miarę wcześnie dojechałyśmy na camping.
Wg prognozy pogody na jutro rozpogodzenie będzie od 10.00 do 12.00 - dlatego budziki nastawione na 7.00. Najlepiej by było gdyby udało się nam zaparkować samochód pod szlakiem około 9.00; zobaczymy czy nam się uda.
ps. nie wiem czy ukradli kafelkowe skałki, bo po nich nie chodzimy. Może jutro w górach coś nam sie uda podpatrzeć to dam Wam znać. Buziaki!
25.07.
Nasze zwiedzanie zaczynamy od zostawienia samochodu na parkingu. Po kilkunastominoutowym kręceniu się po wąskich, pnących się ostro w górę lub dół uliczkach - często jednokierunkowych - znajdujemy pakring piętrowy przy samym Bryggen. Idealna miejscówka do rozpoczęcia wędrówki!
Jest piekna pogoda, a my mamy niewarygodne szczęście, bo trafiłyśmy na jeden z sześćdziesięciu dni, kiedy w Bergen nie pada. Jest przed 10.00 kiedy zaczynamy nasz spacer. Wszystkie najpiękniejsze rzeczy są skupione wokół portu. Świeci słońce, mewy krzyczą, od granatowej wody odbijają się białe jachty w marinie. Lecimy do inforamcji turystycznej, która sama w sobie jest ciekawym, pięknie udekorowanym malowidłami na ścianach i suficie miejscem. Bierzemy przewodniki i mapy, kupujemy kawę i siadamy na brzegu zaplanować trasę.
Po drodze do informacji turystycznej przechodzimy przez targ rybny. Na początku tylko kramy z pamiątkami, ale potem... Uginające się od rybi owoców morza stoiska, obok kiełbasy z reniferów i przetwory z różnych owoców. Cieknie nam ślina, zatrzymujemy się przy jakimś stoisku i wydając okrzyki zachwytu ściągamy do siebie pracującą tam Polkę. Daje nam do spróbowania krewetki (te nasze gotowane na campingu się chowają!), wędzonego na gorąco lososia z pieprzem (obłęd!!!), mięso z wieloryba (w smaku podobne troche do polędwicy), pyszną makrelę, śledzia i kawior! Obiecujemy wrócić na obiad - można zamówić sobie talerz z różnymi specjałami do spróbowania.
Wracamy do Bryggen. Po drodze piękne budynki - na razie z kamienia wylożone płytkami.
[mamy znowu ten sam problem z połączeniem internetowym - jest za słabe, żeby przemielić zdjęcia do załączenia... dlatego jest ich tak niewiele.]
Za chwilę wchodzimy już w tą słynną, wpisaną na listę Unesco, zabudowę niskich, drewnianych magazynów. Każdy domek pochyla sie w inną stronę, ma inny kolor fasady. W każdym sklep z pamiątkami czy z biżuterią.
Między nimi można wąziutkimi przejściami wejść wgłąb Bryggen. Tam wszystko w drewnie! Idziemy po deskach, które wykładają deptaki, wchodzimy po schodach na piętra, gdzie w starych magazynach mieszczą się dzisiaj studia fotograficzne, pracownie...
Wszystko zachowane z ubieglych wieków, gdzieniegdzie można tylko zauważyć świeże deski - Bryggen jest cały czas restaurowana. Nad wąskimi uliczkami zwisają żurawie do położonych na pięrtrach magazynów, tu też można zobaczyć pochylone ściany budynków.
Kręcimy się po uliczkach, wchodzimy do sklepików - m.in. pracowni biżuterii, którą prowadzi zamężna z tubylcem Slowenka. Biżuterię ma piękną! Srebro z wtopioną miedzią, każda sztuka inna niż wszystkie... Piękne, ale niestety poza naszym zasięgiem...
Bryggen się kończy. Idziemy dalej, do kamiennej wieży Rozenkrantza i potem do wielkiej kamiennej sali, postawionej w średniowieczu - to największa taka sala ze sredniowiecza w Norwegii. Służyła do koronacji, jak jeszcze Bergen było norweską stolicą, oraz do ślubów. To dopiero musiały być imprezy...
Robimy sobie spacer po uliczkach, oglądamy kościoły po drodze. Trwa pełny zachwyt...
Glodniejemy. Pędem wracamy na targ. Znajoma Polka nakłada nam różne cuda na talerze: szczypce kraba, langusty, wieloryba, sledzia, makrelę, lososia - wędzonego na gorąco i zimno, rybne placuszki... Wszystko pyszne! Płacimy za wszystko 400NOK - sporo, ale w końcu kiedy znowu dane nam będzie zjeść wieloryba?... Poza tym objadamy się jak bąki. Powoli trawimy. W końcu trzeba się podnieść.
Idziemy do muzeum Hanzy. Niestety, obiad nam zajął tyle czasu, że za dwadzieścia minut zamykają. Trudno... Nie wchodzimy, ale za to idziemy do kolejki, która nas wwiezie szczyt Floyen.
Stamtąd widok na całe Beergen, góry, fjordy...
Świeci słońce, na schodach ucinamy sobie kwadrans relaksu - troche juz nam się za wczesne wstawanie daje we znaki. Potem schodzimy stromą ścieżką w dół. Bierzemy skrót po kamieniach i korzeniach - tylko Gosia jest przygtowana butowo (ma trekkingowe buty); ja w sandałkach biorę szlifa na jakimś poroście (wszystko ok!!!), a Edyta też za mną pocina w trampeczkach. ale udało nam sie. Po pół godzinie jesteśmy na dole.
Cały czas schodzimy juz między budynkami na wąskich uliczkach do centrum. Ostatni spacer i po 19.00 wyjeżdżamy z Bergen szukać campingu.
Jak się okazało zdążyłyśmy jeszcze przed 22.00 przeprawić sie promem - obejrzałyśympiękny zachód słońca nad fjordem, i znalazłyśym cudownie polożony camping. Jest w miare ciepło, nie ma tej strasznej wilogci, która zaostrzała powietrze jakw ciągu poprzednich nocy. Po dniu pełnym wrażeń siedzimy nad fjordem, wypiłyśmy po piwku i poszłyśmy spać.
Dzisiaj (26.07.) planujemy sobie lżejszy dzień. Jedziemy na południe, na Stavanger. Jurto chcemy wejść na Prekestolen więc dobrze by było być tam jak najwcześniej. Ale dzisiaj na spokojnie - potrzebujemy dnia gdzie nie leci się na wszystko z wywieszonym językiem. Wyspałyśmy się, a droga czeka. No to jedziemy!...
niedziela, 25 lipca 2010
24.07.
Wycieczka była przewspaniała. Miałyśmy wrażenie, że wpływamy do jakieś dziewiczej krainy! Nad lazurową wodą piętrzą się wysokie skały. Na niektórych przyklejone wioski bez drogowego dostępu. Znajdujemy fajną miejscówkę na pokładzie i spędzamy tam prawie cały rejs. Chłoniemy piękne widoki. W pewnym momencie, na środku fiordu, nasz prom zatrzymuje się w miejscu, a do niego dobija inny prom – mały katamaran, z którego przerzucają trap i ludzi. Płyniemy dalej. W końcu wpływamy do Naeroyfjordu – rzeczywiście jest o wiele węziej niż „normalnie”. Wysokie skały górują nad nami. Zbliżamy się do Gudvangen – pokonujemy kolejne zakręty. Przenosimy się na dziób, gdzie walczymy o najlepsze miejsca z innymi turystami – nie dajemy się i jesteśmy na samym przodzie! Nad naszymi głowami krąży stadko mew i zastanawiamy się, kiedy i na kogo spuszczą ładunek... Dobijamy na miejsce. Ostatnie fotki i zjeżdżamy z promu.
Ponieważ do tej pory nie udało nam się zobaczyć ani jednego stavkyrkje, gdy tylko dojrzałyśmy znak: „stavkyrkje left 6 km” skręciłyśmy ostro w lewo! Droga (chociaż to akurat nie jest dziwne, tutaj trasy europejskie potrafią być jednopasmowe, bez pobocza!) doprowadziła nas po chwili do miejscowości Undredal. Miasto ma 80 mieszkańców i 280 kóz! Dzisiaj akurat odbywało się w nim święto koszenia trawy i z tej okazji mieszkańcy urządzili targ z lokalnymi specjałami. Zamiast iść do kościoła (który z resztą nie wyglądał z resztą jak stavkyrkje z przewodników) kupiłyśmy 3 rodzaje lokalnego koziego sera i bochen świeżego chleba. Poza tym, wejście do kościoła kosztowało 60NOK, które wydałyśmy na naleśniki z truskawkami i kwaśną śmietaną (sic! prawdziwą kwaśną śmietaną, *mlask*)! Reasumując, kościoła nie zobaczyłyśmy, ale za to objadłyśmy się pysznościami.
Jedziemy kolejną serpentyną w górę. Edyta już tak śmiga po tych drogach, że nie długo zacznie wchodzić w zakręty na ręcznym :P Po wspięciu się na szczyt jednego ze zbocz na Aurlandfjorden dojeżdżamy do Aurland Lookout. To niesamowita platforma widokowa, która umożliwia spojrzenie na Aurlandfjorden i okolicę z góry. Konstrukcja, która zdobyła nagrodę za najlepszy norweski projekt architektoniczny bodajże 2008 roku, jest drewnianą platformą zakończona hartowanym szkłem nachylonym pod kątem około 110* w stosunku do podłogi! Można więc popatrzeć na okolicę z niezwykłej perspektywy:)
Gosia próbowała zrobić Moonwalka, ale zmarnowała jedyną szansę, bo przy drugim podejściu zleciała się niemiecka dzieciarnia i zaczęła lizać szybę. Aurland lookout ma najbardziej designerską toaletę spośród wszystkich atrakcji turystycznych: drewno, stal nierdzewna i czarny kamień, z widokiem na fiord! [będę miała taką samą!!! - Jaro]
Wyruszyłyśmy do Bergen, przez Voss. Stefan twierdzi, że będziemy na kempingu o 20.00. Zobaczymy.
Jedziemy jeszcze blisko 200 km zanim dojechałyśmy na camping – od razu mówię, że po Bergen jeździ się strasznie! Po drodze tunel za tunelem. Zauważyłyśmy z Edytą, że do dziesięciu tuneli są one jeszcze atrakcją, potem przestają nią być, a po piętnastym na 20-kilometrowej drodze zaczyną irytować. No nic... dojechałyśmy w końcu na camping Midtun – nie podoba się nam. Na recepcji siedzi sfochowany facet, który kasuje nas 220 NOK i do tego mówi, że nie ma internetu. Potem sie dowiadujemy od zaznajomionego Izraelczyka, że internet jest, tylko trzeba o niego „uprzejmie poprosić”. Edyta idzie prosić – udaje się: za 35NOK mamy dostępu na dwie godziny. Planowałyśmy dwie noce w Bergen, ale na pewno nie na tym campingu!!!
Poza tym afochoeany buc z recepcji wyrzucił nas 20 minut przed planowym zamknięciem z telewizorni, dlatego też:
POZDROWIENIA Z PRALNI!!!
Jutro znowu pobudka o 7.30 – chcemy być wcześnie w mieście, żeby wybrać się na targ rybny; mamy nadzieję, że w niedzielę też się odbywa.
Chwilowo – odpoczynek po długim dniu, kolacja w postaci zimnego bufetu (mielonka luksusowa i ryba z puszki) i biała z sokiem.
Jutro Bergen!!!
ps. niestety. na tym cholernym campingu, najbardziej beznadziejnym ze wszystkich na jakich do tej pory byłyśmy, internet nie współpracuje z naszym zamiarem publikowania zdjęć. Postaramy się to nadrobić jak najszybciej. Tymczasem musi wystarczyć Wam lektura i wyobraźnia.
OMIJAJCIE CAMPING MIDTUN pod BERGEN!!!!!!!!!!!!!!1!!!!1111!!!!!!!!
Dobranoc!
23.07.
Wyjechałyśmy względnie wcześnie, bo przed nami było do przejechania około 300 km, jak się później okazało jedną z narodowych tras widokowych.
Budzi nas słońce i przyjemne ciepło w namiocie – nareszcie! W końcu chowamy suchy tropik; jednak norweskie prognozy pogody się sprawdzają! Wyruszamy z campingu w Alesund i jedziemy na Andalsness, gdzie rozpoczyna się Trollstiegen – Drabina Trolli: średnio 10% nachyłu drogi i 11 ostrych zakrętów.
Do samego Trollstiegen dojeżdża się kilkanaście kilometrów piękną, zieloną doliną wzdłuż rwącej, górskiej rzeki o niesamowicie modrym kolorze.
Zmieniamy się z Edytą na kierownicę – właścicielka bierze odpowiedzialność na tej karkołomnej drodze za samochód, no i za nas ;) [wrażenia zza kierownicy – nieziemskie! Muszę przejechać po tym co namniej jeszcze raz, i koniecznie minimum raz motocyklem!]
No i się zaczęło! Patrząc w górę widzimy tylko dwie początkowe serpentyny. Wyżej tylko gdzieniegdzie błyskają szyby wspinających się samochodów – czyli droga biegnie.
Wyruszamy równocześnie z rowerzystą – przy tym wyzwaniu: wjechaniu na szczyt Drogi Trolli na rowerze – nasze wydaje się jakąś igraszką.
Poza tym wydaje się, że rozkład typów pojazdów wjeżdżających na Trollstiegen jest w miarę równomierny: 30% to samochody, 30% motocykle, 30% campery (nie do końca wiadomo w jaki sposób one z drogi nie spadają), a pozostałe 10% to rowery (szaleńcy!), TIRy i autobusy (nie do końca wiadomo jak one się na niej mieszczą).
Po środku Drogi kaskadą spada wodospad. Przejeżdżamy w jego bezpośredniej bliskości pokonując kamienny most.
Kolejne zakręty i w końcu jesteśmy na górze. Tłum turystów i pojazdów, na każdym kroku kram ze skórami reniferów i plastikowym, pamiątkowym shitem – skóry przemiłe w dotyku, ale raczej nas nie stać: średnio kosztują po 800NOK.
Betonową ścieżką dochodzimy do dwóch punktów widokowych wysuniętych nad dolinę. Jest śliczna pogoda – bezchmurne, błękitne niebo, pełne słońce, doskonała widoczność; idealne warunki na podziwianie widoków. Dokładnie widać drogę jaką przejechałyśmy i te małe, zabawkowe samochodziki, które się właśnie na nią wspinają. Człowiek wydaje się taki malutki jak siedzi nad takim cudem natury...
Nagle kilka samochodów się cofa... Bo oto z góry nadjeżdża olbrzymi TIR, obok którego nic się nie mieści! Skąd TIR? Na szczycie buduje się restauracja i kompleks turystyczny, które mają być gotowe na 2011 rok. Jak przyjedziemy tu za jakiś czas to obejrzymy :)
Wspinamy się z Gosią na skałki – jak zwykle – i budujemy kopczyk. Kopczyków dookoła jest mnóstwo – widać nie tylko my nie chcemy tu wrócić. A my chcemy bardzo... a zdjęciu poniżej Gosia z naszym kopczykiem! :)
Niestety czas nas goni i z ciężkim sercem zbieramy się do odjazdu. Oczywiście, przed samym odjazdem lecimy jeszcze do kibelka, przyzwyczajone że za toalety się nie płaci. A tu, proszę!, po 10NOK za osobę! A czemu? Bo nie ma kanalizacji i szambo trzeba zwozić na dół :) Jak mus to mus – pęcherze mają ograniczoną pojemność.
Zjeżdżamy w dół po drugiej stronie góry. Jest pięknie, po drodze mijamy lazurowe jeziora i błądzące łowiecki z dzieciorami, ze hej! Myślimy, że to Droga Orłów, ale jesteśmy w wielkim błędzie, bo do niej musimy jeszcze dojechać! Na razie jedziemy pośród gór i zachwyty utrzymujemy na stałym, wysokim poziomie.
Znienacka zjeżdżamy nad wodospad Gundbrandsjuvet. Prowadzi do niego i nad nim metalowa kładka. Gosia na parkingu kupuje truskawki – Truskawkowy Potwór! Oglądamy spienione kaskady i jedziemy dalej.
Wjeżdżamy na Drogę Orłów. Kolejne serpentyny – tym razem w dół i do tego nad Geirangerfjordem. Droga zaczyna się od punktu widokowego – Orlenvingen – którego o mało co nie przegapiłyśmy. Nasuwa się jeden wniosek – jeśli widzisz grupę turystów z aparatami i idących w jednym kierunku, to znaczy, że też trzeba się zatrzymać i pójść w tą samą stronę. To też robimy – tylko że 100 metrów niżej. Wchodzimy na platformę zawieszoną nad Geirangerfjordem. Na granatowej wodzie stoją dwa białe statki – troche jakby oderwane od rzeczywistości; dookoła nich kręcą się szybkie pontony i kajaki. Widać Geiranger u szczytu fjordu, wspinające się nad wodą skały i wodospady. Strzelamy foty (a jak!) i rzucamy się w dół.
Dojeżdżamy do Geiranger, a tam droga znowu wspina się w górę. Mamy w planach położony na 1500 mnpm punkt widokowy Dalsnibba. Droga z Geiranger pod szczyt Dalsnibby w przeciągu kilkunastu kilometrów wspina się od 0 do 1200 mnpm! Z terenów pełnych lasów wjeżdżamy w ciągu kilkunastu minut do krainy porostów i zalegającego na szczycie śniegu.
Podjeżdżamy na początek drogi na Dalsnibbę. Jest około 19.00 – idealna pora na wjeżdżanie po górskich drogach na górski szczyt. Z powodu późnej godziny już nie ma nikogo w budce do pobierania opłat za drogę (85NOK). Jest za to zawieszona metalowa skrzynka – jak na listy – a w niej koperty. Należało wpisać na kopercie numer rejestracyjny wjeżdżającego samochodu, datę wjazdu i narodowość. Wypisujemy, wrzucamy monetki do koperty, a kopertę do skrzynki i droga jest już nasza. Większość samochodów (tudzież motocykli lub rowerzystów) uiszcza w ten sposób opłatę, ale niestety mijają nas dwa czy trzy samochody, które nie płacą (o dziwo! Byli to Norwedzy...).
Przed nami 5-ciokilometrowy podjazd, na końcu którego znajdziemy się na szczycie na wysokości 1500 mnpm. Po 50 metrach kończy się asfalt i barierki. Zamiast tego szutrowa nawierzchnia i wydaje się, że za każdmy zakrętem koniec drogi. Ale nie! Jedziemy cały czas w górę! W końcu wjeżdżamy na szczyt, a tam duży, asfaltowy parking i sklep z pamiątkami.
Jak zwykle w takich chwilach: widok zapiera dech w piersiach. Wszystkich trzech (albo i sześciu ;). Widok obłędny! Pod nami Geiranger, dookoła szczyty i śnieg, za nami lazurowe jeziore pokryte częściowo krą.
Zgodnie z tradycją zostawiamy Edytę na szczycie z miękkimi kolanami i opadniętą żuchwą, a same z Gosią schodzimy po skałkach w celach zbudowania kopczyka i utytłania się w śniegu!
Po raz kolejny zmuszamy się do odjazdu z cudownego miejsca o wiele, wiele za wcześnie, ale mamy jeszcze kawał drogi do campingu.
Lecimy na Olden. Ostatnim rzutem na taśmę staramy się dotrzeć do Briksdal, żeby wejść na lodowiec, choć wgłębi duszy wiemy, że jest to nie do zrobienia, bo już jest po 22.00. Kilka kilometrów przed Briksdal rezygnujemy prawie że ze łzami w oczach i zawracamy do Olden szukać campingu. Niestety, ikke lodowiec, ikke...
Po kilku nieudanych próbach lądujemy na campingu po 23.00. Jak zwykle recepcja BYŁA czynna do 21.00 – to trochę dziwne i inaczej niż w Polsce, gdzie zawsze na campingu ktoś jest przez całą dobę. W sumie to trochę tak, jakby o 21.00 zamykali recepcję w hotelu... Oczywiście nauczone doświadczeniem wbijamy się do środka – będziemy płacić rano.
Tymczasem makaron, wino, prysznic i spać.
Pobudka o 7.30 – jutro ciężki (kolejny ciężki...) dzień.
czwartek, 22 lipca 2010
22.07.
Gosia pisze:
Obudziłyśmy się zmarznięte o 10.30. Pada!!! Dzięki bogu byłyśmy na fajnym kempingu i zjadłyśmy sobie pyszne śniadanie w ciepłej świetlicy. Namiot jest mokry już 3ci dzień więc chyba dzisiaj wynajmiemy sobie jakąś najtańszą hytte w Alesund, żeby trochę podsuszyć tropik. Żadna z nas nie wie, jak bardzo nieprzemakalny jest nasz namiot. [ja wiem: 3000mm, co zdecydowanie nie jest wystarczającą wartością na 3dniowy deszcz]
Ponieważ trzeba być twardym, a nie miętkim, wyruszamy w dalszą podróż. Kierujemy się na Trasę Atlantycką a potem do Alesund, na klipfisza. Przez chwilę martwiłyśmy się, że padający deszcz i mgła uniemożliwią nam oglądanie pięknych widoków, ale myliłyśmy się. Krajobraz, przez który przejeżdżamy wygląda jak księżycowy - kamieniste wzgórki pokryte mgłą, widoczność ograniczona do 20 metrów.
Wjeżdżamy do tunelu Atlanterhavstunnelen. Przejazd kosztuje nas 155NOK. Wjazd do tunelu jest tak zamglony (oraz pierwszy kilometr), że czujemy się jakbyśmy wjeżdżały do ziejącego dymem wnętrza wulkanu! Tylko temperatura się nie zgadza – jest 9 stopni. 3 km w dół, potem 3 km w górę i już jesteśmy po drugiej stronie fiordu :)
Tak leje, że drogi zamieniają się gdzieniegdzie w strumienie. My w zakręty wchodzimy na 30stce, mimo że znak pozwala na 50 km/h. My mamy wakacje i jedziemy sobie spokojnie, a za nami sznur samochodów :P
Właśnie zjechałyśmy z Drogi Atlantyckiej. To trzecia atrakcja, po parku Vigelanda i katedrze Nidaros, która sprawiła, że oniemiałyśmy. Kręta droga łączy ze sobą sznur wysepek. Jadąc prze nią, ma się złudne poczucie triumfu człowieka nad naturą. Co kilometr na Drodze są zorganizowane punkty widokowe. Na początku lało jak z cebra, ale mimo to wyleciałyśmy z samochodu rozglądnąć się po okolicy.
Nie da się oddać żadnym opisem piękna i ogromu otaczającego nas krajobrazu. Gdy tylko nadarzyła się okazja wyszłyśmy na skałki, żeby dojść najdalej jak się da. Było ślisko i miejscami stromo, ale dałyśmy sobie radę! Przemokłyśmy przy tym do suchej nitki, ale to nic, bo rzadko się zdarza, żeby się zmoczyć nad oceanem, na Drodze Atlantyckiej!
Ponieważ było nam za mało zawróciłyśmy i przejechałyśmy Drogę Atlantycką jeszcze raz. I wtedy się rozpogodziło! Zatrzymywałyśmy się jeszcze kilka razy. Udało się nam raz prawie umoczyć ręce w oceanie. Prawie, ponieważ skały omiatane wodą są porośnięte morszczynami i tak śliskie, że gdyby nie Jaro, to bym [Gosia] zjechała tyłkiem po skałce i z lądowaniem w wodzie. Razem z Jaro utwierdziłyśmy się w przekonaniu, że im bardziej ślisko, niestabilnie i stromo tym lepiej :P
Zatrzymałyśmy się również na platformie widokowej, z której podobno niesamowicie jest znaleźć się podczas sztormu, kiedy to fale przebijają się z jednej strony drogi na drugą. Jest to też świetny punkt do łowienia ryb. Popatrzyłyśmy chwilę jak wędkarze wyciągają śledzie jednego za drugim. Łowili je na błystki, czasami samą żyłką. Jeden z mężczyzn miał 7 (sic!) błystek na jednej żyłce i wyciągnął 5 ryb na raz:) Przy wsiadaniu do samochodu spotkałyśmy bardzo miłych Polaków, którzy przyjechali do Norwegii w celach turystyczno (zwiedzanie) – sportowych (będą biec maraton, który startuje przy jeziorze Hornindalsvatnet – trzymamy kciuki!).
Jesteśmy całe mokre, ale i szczęśliwe. Jedziemy na stację benzynową – do toalety i po wrzątek, żeby zrobić sobie gorące kubki. Nigdy, wierzcie nam, żadne puree ziemniaczane nie będzie tak dobre jak to Knorra z boczkiem i cebulką, które sobie zrobiłyśmy:) Dopchałyśmy się czekoladą i rozgrzane, najedzone i szalone ze szczęścia jedziemy dalej!
Kościół Trolli - system jaskiń z podziemnym wodospadem i jeziorem. Niestety, są oddalone o godzinę drogi od parkingu, więc nie mamy czasu ich odwiedzić :( Jest nam bardzo smutno z tego powodu, ale musimy zdążyć na przeprawę promową i jeszcze dojechać do Alesund. A jutro robimy 300 km, Trollstiegen i inne, więc musimy wyjechać przed dziewiątą. Zdecydowałyśmy, że jak następnym razem przyjedziemy do Norwegii to na pewno tam pójdziemy!
Udało się nam wjechać prosto na prom! Przeprawiamy się na E39 z Molde do Vestness (184NOK za samochód osobowy z kierowcą i dwoma pasażerami). W Molde jeszcze goniłyśmy deszcz. Podróż promem była bardzo przyjemna, ponieważ stateczek miał oszklony pokład, więc mimo złej pogody mogłyśmy się delektować pięknym krajobrazem.
Po wyjeździe z promu przywitało nas słońce a wysepki rozsypane po Romdalfjorden połączyła tęcza! Od tej pory jedziemy z uśmiechem przyklejonym do twarzy, wzdłuż fiordów i podziwiamy raz to wodę, innym razem góry i wodospady. Edyta prowadzi, Jaro gra rolę Stefana Nawigatora a ja... Ja zarzynam baterię od aparatów :P
[w końcu się udało! Mój i Gosi aparat zarżnięte na amen! Zostaje nam tylko aparat Edzika, ale niestety ma całkowicie niekompatybilną kartę pamięci z naszym notebookiem, więc słonecznych zdjęć nie będzie, chyba że gdzieś znajdziemy miejsce gdzie nam je przegrają.]
Jedziemy w rytmie Michaela Jacksona, Abby i Grindhouse'a. Czasami zmieniamy płytkę na jakiś miks z ipoda Edzika. Czy wy wiecie jaki ona ma zły gust?! :P [dzięki, Gosia. Od jutra słuchamy TYLKO norweskiego radia. Nadmieniam że już raz próbowałyśmy, przez 45 minut. W tym czasie znalazłyśmy na wszystkich dostępnych stacjach 2- słownie dwie- piosenki, poza tym ciągle szwargoczą po norwesku.]
W słońcu wjeżdżamy do Alesund. Jakie piękne i urocze miasteczko! Szwędamy się po secesyjnych uliczkach w poszukiwaniu klippfischa – znajdujemy go tylko w restauracji za min. 270NOK – rozwiewając Wasze watpliwości: nie, nie zjadłyśmy. Wspinamy się na najwyższe wzgórze Alesund, gdzie znajduje się punkt widokowy i kawiarnia. 418 stopni w górę i jestesmy na miejscu! Widzimy całe miasteczko wciśnięte między zielone zbocza a granatową wodę – niestety wszystkie zdjęcia u Edyty! Po 21.00 ruszamy na poszukiwanie campingu - znajdujemy. Pięknie położony z widokiem na fjord, a w centrum miasta.
Idziemy spać - jutro ciężki dzień.
22.07.
Dzisiaj jedziemy upolować w kristiansundzkim porcie klippfiska, potem droga atlantycka (nareszcie!!!) i nocleg pod Alesundem. Obejrzałyśmy prognoze pogody - w naszych stronach ma od popołudnia się rozjaśniać - wierzymy w norweskie instytuty meteorologiczne! Przydałoby się w końcu wysuszyć namiot i ręczniki.
Nasze biedne znajome Krakusy na północ od Trondheim mają ciągle zapowiadany deszcz i mniej niż 10stopni - trzymajcie się!
Spadamy. Miłego dnia wszystkim!
środa, 21 lipca 2010
21.07.
Okazało się, że camping Viggja jest bardzo przyjazny. Jest położony w malowniczej zatoczce nad samym fiordem, za 160NOK, ma się dostęp do zadbanych pomieszczeń użytkowych (prysznice, kuchnia, umywalki, toalety), recepcja ma piękny salon z balkonem wychodzącym na fiord i nawet był internet! Chociaż okazuje się, że internet na kempingu to w Norwegii norma. Tak drodzy przyjaciele, to się nazywa cywilizacja.
Wyjechałyśmy z kolejnego kempingu i kierujemy się na Alesund. Gdzieś uciekło nam lato i jedziemy w deszczu. Padać zaczęło jeszcze wczoraj i jest to drugi dzień z kolei, kiedy wrzucamy mokry namiot do bagażnika.
Nie ma się jednak co łamać, wakacje trwają. Mimo brzydkiej pogody norweski krajobraz nie traci nic ze swojego uroku. Szczyty zasnute mgłą gęstą jak mleko nadają tylko okolicy mrocznego wyrazu. Mam wrażenie, że wyjeżdżając zza kolejnego zakrętu zobaczymy trolla. [albo i łosia]
Edyta stara trzymać się dozwolonej prędkości – 60 km/h. Jest to trochę trudne, bo gdy tylko dobija do 50km/h mamy problem z utrzymaniem się w zakrętach:)
Obrałyśmy drogę E39. Teraz jedziemy wzdłuż Vinjefjorde (albo rzeki Soo, chyba się zgubiłyśmy). W okolicach Vinjeora zkręcamy na drogę 680, żeby pojechać po malowniczych wysepkach zamiast po stałym lądzie. Widoki w okół nas są niesamowite. Wzgórza otulone warstwą chmur, spokojne wody fjordów, mewy... Pogoda nas troszkę dobiła, więc zatrzymałyśmy się na jakimś drogowym parkingu z widokiem na zatokę. Jaro postanowiła się pocieszyć ptasim mleczkiem, więc już go nie mamy. Ja byłam w nastroju, żeby wspiąć się tak wysoko, żeby nie móc zleźć. Wzięłam więc w rękę wafelka i poszłam. Wspięłam się dość wysoko na skarpę i zaniemówiłam z powodu widoku, który się przede mną rozpostarł. Nie da się tego opisać, a aparatu nie miałam bo Jaro robiła zdjęcia mikro rosiczkom. Pozostawię więc was sam na sam z waszą wyobraźnią, i powiem tylko tyle, że umorusałam się jak dzieciak i mam spodnie mokre do kolan.
Na wysepce Skardsoya zatrzymałyśmy się nad jednym z bardziej dostępnych zejść „we fjorda” i zaczęłyśmy eksplorować skałki. Znalazłyśmy trochę muszelek, krabów i pustego jeżowca, prawdopodobnie będące śladami jakiejś ptasiej uczty. Wróciłyśmy do samochodu dość szybko, bo było bardzo ślisko i jak na złość nie przestaje padać! Później zatrzymałyśmy się przy brzegu jeszcze kilka razy. Niestety teraz nie mogę domyć rąk i śmierdzi mi tutaj z tyłu omułkami. Blah.
Droga 680, po której cały czas jedziemy, jest drogą płatną.
Po raz któryś z rzędu przekraczamy AutoPass'a bez płacenia. Nie dlatego, że postanowiłyśmy nie uiszczać opłat drogowych, tylko dlatego, że punkty płatnicze albo są tak źle oznaczone, że nie możemy ich znaleźć, albo po prostu ich nie ma. Jak lepiej się zorientujemy jak uiszczać te opłaty to napiszemy. Chwilę temu natrafiłyśmy na tablicę informacyjną ichniejszego zarządu dróg, która nam powiedziała, że w Kristiansund gdzie jedziemy jest biuro AutoPass'u, więc postaramy się spłacić nasz dług.
[Już wszystko co do opłat za drogi wiemy, albo dowiemy się za moment. Na stronie autopass.no należy utworzyć konto i zarejestrować kartę visa lub mastercard tworząc coś w rodzaju prepaida, z którego potem będą ściągane opłaty za przejazdy. Co ważne dla nas, można w ten sposób opłacić przejazdy na 14 dni wstecz. Opłaty identyfikują po numerze rejestracyjnym samochodu. Dis łoz jur drajwer spiking.]
Przeprawiamy się po raz pierwszy raz promem! Płynęłyśmy z Tmmervik do Sandvika - przeprawa trwała 20 minut, kosztowała 142NOK. Co prawda prom odchodził co godzinę i musiałyśmy z pół godziny czekać, ale innego wyjścia nie było, natomiast sama przeprawa odbyła sie nad wyraz szybko i sprawnie. Prom odbił tylko jak się załadował, po pokładzie chodził pan, podchodził do każdego samochodu i kasował pieniążki. Stefan nam pokazał prdkość poruszania się na 25km/h. Wyszłyśmy na pokład - zimno, mokro i wietrznie. Ale za to fjord od środka!...
[Jaro: Chciałam sprostować, że nie zniszczyłam tego ptasiego mleczka samotnie, tylko miałam dwie nie odstające w swojej żarłoczności towarzyszki. Poza tym Gosi nie dało się dogonić na tej podmokłej skarpie, a że rosiczki można uświadczyć tylko na jakiś bardzo podmokłych terenach, których dookoła Szczecina uświadczyć nie sposób, to podziwiałam, a co!
Poza tym wszystko się zgadza. Leje cały dzień bez przerwy. Dojechałyśmy do Kristiansundu – dalej pada. Dorwałyśmy informację turystyczną – już wiemy gdzie można znaleźć klippfiska, czyli suszonego, solonego dorsza; nie wiemy czy jest to zjadliwe, ale spróbujemy. Jedziemy na camping – 190NOK, zjadamy ravioli z barszczem, uzupełniamy zapiski i odpoczywamy. Nareszcie! Pierwszy dzień udało nam sie być na campingu o 19.00, a nie po 21.00! Jutro Kristiansund, droga Atlantycka i Alesund. Według norweskiej prognozy pogody ma padać na całym wybrzeżu, ale my mamy cały czas nadzieję... ponoć ona umiera ostatnia. Jest przed 24.00, a leje równo. Trawnik, na którym jesteśmy rozbite, niepokojąco nasiąka cały czas wodą – jesteśmy rozbite na górce, to może nie spłyniemy. No i cały czas jest jasno... Ach, te białe noce.]